„Karmel w Oświęcimiu”, „Kościół, Żydzi, Polska”, Fronda 2009

9 czerwca 2009 § Dodaj komentarz

Fragment książki„Kościół, Żydzi, Polska”, Fronda, 2009. Z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim rozmawiają Grzegorz Górny i Rafał Tichy.

1. Do kupienia m.in. w księgarni internetowej XLM.PL, [link]
2. Do pobrania poniższy fragment, rozdział VI – „Karmel w Oświęcimiu”, PDF [link]
3. Bonus: Recenzja książki „Kościół, Żydzi, Polska” autorstwa abp. Józefa Życińskiego zamieszczona 27 marca 2009 w „Gazecie Wyborczej., [link]

***

Chciałbym, żebyśmy pomówili teraz o czymś, co cały czas przewija się w tle naszych rozmów. Chodzi o spór wokół klasztoru sióstr karmelitanek w Oświęcimiu. Kiedy Ksiądz opowiadał o początkach dialogu w Polsce, wspomina, że rozpoczynał się on już w cieniu tego sporu, że słyszał Ksiądz o jakichś umowach w Genewie, które zaniepokoiły, że problem ten wciąż wyłaniał się podczas prac Komisji, że przed waszym wyjazdem do Ameryki stał się na tyle nabrzmiały, iż chcieliście znać jego kulisy, by móc się ewentualnie bronić, wreszcie pod koniec waszego pobytu w USA zdominował wasz wyjazd.
O co chodzi? Czy kwestia przeniesienia jakiegoś małego klasztoru z jednego miejsca w drugie może być aż tak ważna, powodować tyle problemów i konfliktów o skali wręcz międzynarodowej?

Konflikt wokół Karmelu w Oświęcimiu, a przede wszystkim jego przebieg i sposób załatwienia, są niezwykle istotne z tej przyczyny, że stanowią wydarzenie bez precedensu. W długiej historii Kościoła nie zdarzyło się, że przeniesiono klasztor oddający się modlitwie kontemplacyjnej w inne miejsce na żądanie innej wspólnoty religijnej.

W czyjej kompetencji leżała ta decyzja?

Takiej decyzji nie mógł podjąć nikt poza samymi siostrami karmelitankami, których ta sprawa dotyczy, lub odpowiednią dykasterią Stolicy Apostolskiej, której podlegają zgromadzenia zakonne, ale i ona ma władzę nie tyle przenoszenia klasztorów, Ile ich zamykania w uzasadnionych przypadkach, które są ściśle określone w kodeksie prawa kanonicznego. Natomiast rola biskupa, na którego terytorium kanonicznym umiejscowiony jest klasztor, sprowadza się do wyrażenia zgody na jego lokalizację i pewnego nadzoru nad właściwą realizacją celów duchowych i religijnych, jakim ten klasztor służy. Nie ma natomiast żadnej formuły, by klasztor wraz z zakonnikami czy zakonnicami przenosić w inne miejsce. W tym przypadku nie chodziło o zamknięcie, lecz przeniesienie Karmelu. Jeśli więc należało z kimś rozmawiać, to przede wszystkim z siostrami.

Zacznijmy może od początku. Jak powstał klasztor w Oświęcimiu? Skąd wzięły się tam siostry karmelitanki?

Idea założenia klasztoru w Oświęcimiu miała związek z obecnością Jana Pawła II i sprawowaniem przez niego mszy św. na terenie byłego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau w czerwcu 1979 r. Wtedy papież wyraził pragnienie, by w bliskości dawnego obozu śmierci mogła płynąć do Boga chrześcijańska modlitwa.

A więc to papież był głównym „winowajcą”…

Bardzo ważne są dwa aspekty. Po pierwsze, do pontyfikatu Jana Pawła II, rozpoczętego w październiku 1978 r., wszelkie sprawy religijne na terenie byłego obozu zagłady były nieustannie na cenzurowanym. Całą sferę duchową i religijną marginalizowano albo wypaczano, bo czasy PRL-u nie sprzyjały religii, o czym dobrze wiadomo. Tymczasem Auschwitz był co roku odwiedzany przez setki tysięcy Polaków, którzy mieli również potrzebę wyrażenia swojej wiary i modlitwy za pomordowanych, i dlatego na rozmaite sposoby, najczęściej skrycie, modlili się na terenie dawnego obozu. Nie wolno było tam jednak sprawować mszy św. ani utworzyć stałego miejsca modlitwy. W późniejszym okresie dyrekcja muzeum, która zarządzała dawnym obozem śmierci, przymykała oczy na praktyki odprawiania tam Drogi Krzyżowej czy jakiejś doraźnej modlitwy.
Obecność Jana Pawła II i msza św. sprawowana 7 czerwca 1979 r. w Brzezince stanowiły prawdziwy przełom. Ojciec Święty ty wyraźnie w swojej homilii to podkreślił. Nazwał Auschwitz „Golgotą naszych czasów”, nadając cierpieniom niewinnych ofiar interpretację chrystologiczną i soteriologiczną, po czym dodał: „Klękam przy wszystkich po kolei tablicach Brzezinki, na których napisane jest wspomnienie ofiar Oświęcimia”.

Papież zaakcentował, więc modlitewny wymiar swojej obecności na terenie Auschwitz-Birkenau. Ci wszyscy, których bliscy zginęli w obozach śmierci, poczuli wielką ulgę. Papieskie odwiedziny głęboko przeżyła cała Polska. Msza św. była sprawowana pod dużym drewnianym krzyżem, który został wykonany na tę okazję. Zaraz po wizycie Jana Pawła II ten krzyż został usunięty, bo nie zanosiło się, by władze komunistyczne tolerowały jego obecność w tym miejscu. Został przeniesiony do jednego z oświęcimskich kościołów ze świadomością, że jest nie tylko narodową pamiątką, ale również cenną relikwią. Po odjeździe Ojca Świętego rozpoczęły się starania, by w sąsiedztwie obozu, bo na terenie samego obozu było to nie do pomyślenia – utworzyć stałe miejsce modlitwy za ofiary i oprawców. Właśnie taka jest logika chrześcijańskiego życia duchowego i modlitewnego. Kiedy wykrystalizowała się myśl, że do Oświęcimia przyjdą karmelitanki, a one wyraziły na to zgodę, pojawiła się koncepcja, by na ich potrzeby zaadaptować budynek, który stał zniszczony i był niewykorzystywany, na zewnątrz murów obozu. Był to budynek Starego Teatru.

Skąd się wziął tam teatr?

Został wybudowany w latach 1916-1918 przez Austriaków i pomyślany początkowo, jak sugeruje nazwa, jako teatr dla stacjonujących tam żołnierzy. Ponieważ I wojna światowa przebiegła niekorzystnie dla Austrii, więc budynek nie pełnił nigdy tych funkcji. Podglebie konfliktu ma pewien związek z określeniem granic obozu, odpowiadających granicom z okresu II wojny światowej, oraz ustanowienie stref konserwatorskich. Przy-legający do murów obozowych Stary Teatr nie wszedł w skład muzeum, co przesądziło, że pozostawał niewykorzystany. W czasach PRL-u był przez jakiś czas składowiskiem różnych materiałów, natomiast w latach 70. był zdewastowany do tego stopnia, że zamieszkały w nim rozmaite zwierzątka, a lokalna ludność wiedziała, że bywa meliną dla pijaków.
W 1978 r. Muzeum w Oświęcimiu zostało wpisane na Listę Dziedzictwa Światowego UNESCO, a do odnośnej prośby Polska dołączyła mapę, na której budynek Starego Teatru – na skutek domniemania, iż w jego piwnicach naziści przechowywali puszki z cyklonem – został zaznaczony w obrębie kompleksu obozu zagłady. Ten szczegół wykorzystywano później jako argument przeciw obecności tam sióstr. Te, nieświadome niczego, wyraziły pragnienie stałej modlitwy w Oświęcimiu, analogicznej do tej, jaka od 1964 r. istnieje w Dachau i podjęły wszechstronne starania o erygowanie klasztoru. W sierpniu 1983 r. delegacja karmelitanek z Poznania udała się do Oświęcimia i zapoznała z planowanym usytuowaniem przyszłego klasztoru oraz je zaakceptowała. W czerwcu 1984 r. podpisano akt notarialny, na mocy którego siostry otrzymały budynek Starego Teatru w wieczystą dzierżawę, a wraz z nim przyległy grunt o powierzchni około jednego hektara. Wkrótce rozpoczęto żmudne prace porządkowe i adaptacyjne, po czym we wrześniu 1984 r. karmelitanki wprowadziły się do budynku Starego Teatru. 30 września kard. Franciszek Macharski wystosował Słowo metropolity krakowskiego do Duchowieństwa i Wiernych Archidiecezji Krakowskiej, w którym napisał: „W pobliżu bloku śmierci [siostry] będą trwały w zamknięciu klauzury na modlitwie i ofierze dla wynagrodzenia Bogu za zbrodnie w Oświęcimiu i dla ubłagania miłosierdzia Bożego, a w szczególności pokoju i jedności w świecie”.

O który obóz chodzi w tym przypadku, bo w Oświęcimiu istniały właściwie dwa obozy?

Chodzi o Auschwitz I, główny obóz, utworzony w czerwcu 1940 r. dla Polaków. Dwa lata później w odległości nieco ponad trzech kilometrów od niego, w pobliżu wsi Brzezinka, Niemcy utworzyli drugi obóz, znany jako Auschwitz-Birkenau, w którym zamordowali najpierw kilkanaście tysięcy jeńców radzieckich, a następnie z ich rąk ginęli tam Żydzi oraz Cyganie i więźniowie innych narodowości.

Czyli klasztor znajdował się przy obozie utworzonym dla Polaków, a nie dla Żydów, tak?

Tak, aczkolwiek Niemcy zamordowali w nim również pewną liczbę Żydów. Obóz Auschwitz I został utworzony, jako, Konzentrationslager, czyli obóz odosobnienia i wykorzystywania więźniów przez pracę. Musimy wiedzieć, że były trzy cele tworzenia obozów przez niemieckich narodowych socjalistów: koncentracja, izolacja, zagłada. Z czasem cele te – Niemcy byli w tym bardzo systematyczni – pokrywały się, ale w początkowym okresie odróżniano je. Koncentracja służyła temu, by zebrać dużą liczbę więźniów i zmusić ich do niewolniczej pracy na rzecz niemieckiego przemysłu wojennego. Dlatego przy wejściu do głównego obozu, Auschwitz I, czytamy nad bramą ironiczne: Arbeit macht frei – „Praca czyni wolnym”.

Więźniów polskich, wśród których byli także polscy Żydzi, wyzyskiwano, więc do niewolniczych robót na rzecz Trzeciej Rzeszy. Drugie zadanie to izolacja. Niemcy doszli do wniosku, że w tego rodzaju obozach powinni być osadzani ci, których z jakichś powodów chcieli odizolować od reszty społeczeństwa, a więc głównie inteligencja. Pierwszy transport więźniów przybył do Auschwitz 14 czerwca 1940 r. i był to transport polskiej inteligencji, wśród której znajdowali się również Żydzi, ale aresztowani nie jako Żydzi, lecz jako polscy adwokaci, nauczyciele, prawnicy, a więc jako część polskiej inteligencji. Otrzymali numery od 31 wzwyż, ponieważ numery od 1 do 30 otrzymali wcześniej niemieccy więźniowie kryminalni, którzy mieli pełnić funkcje kapo wobec osadzonych Polaków. Trzecim celem niemieckich obozów była zagłada. Już śmiertelność osób przeznaczonych do ciężkiej pracy fizycznej i przymusowo izolowanych była w obozie bardzo duża. Jednak w latach 1940-1941 obóz Auschwitz rządził się mimo wszystko innymi prawami niż w późniejszym okresie, gdy represje znacznie się zaostrzyły, a śmiertelność wzrosła

Co takiego się wówczas wydarzyło?

Za cezurę można uznać początek wojny Niemców z Sowietami. Od czerwca 1941 r. nastroje niemieckie zdecydowanie się zradykalizowały, co było również związane z sytuacją w okupowanej Polsce, w której powstał i nasilał się ruch oporu. Przede wszystkim jednak była to kwestia radykalizowania się niemieckiej polityki na Wschodzie, polegającej na rozpoczęciu programu ludobójstwa, który obejmował głównie Żydów, ale nie tylko ich. Na potrzeby zaplanowanego ludobójstwa został w 1942 | utworzony drugi wielki obóz, położony niedaleko pierwszego mianowicie Auschwitz-Birkenau. Ten obóz, do którego do prowadzono tory i zbudowano specjalną bocznicę kolejową i rampę, był pomyślany, jako obóz śmierci, obóz zagłady. Został przygotowany przede wszystkim, jako obóz dla Żydów, lecz w 1943 r. osadzono tam również około dwadzieścia dwa tysiące Cyganów (polityczna poprawność nakazuje mówić o Romach, ale wtedy nie wszyscy wiedzą, o kogo chodzi), z których ponad dwadzieścia tysięcy zostało zamordowanych. Do Birkenau trafiali także Polacy, ale były to raczej sporadyczne przypadki

Czy Żydzi trafiali też do Auschwitz I, obok którego stanął potem klasztor?

Od końca marca 1942 r., gdy przybył pierwszy transport Żydówek z Popradu na Słowacji, Żydzi przywożeni byli przede wszystkim do Birkenau. Wielu znalazło się także w Auschwitz I, w zasadzie, jako część poddanego fizycznej i moralnej eksterminacji społeczeństwa polskiego. Bo ten pierwszy obóz Niemcy stworzyli przede wszystkim z myślą o wykorzystaniu, upokorzeniu i wyniszczeniu Polaków. Po zakończeniu wojny, 9-17 r., Sejm RP przyjął ustawę o zachowaniu „po wsze czasy” byłego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego i zapowiedzi utworzenia „państwowego Muzeum”.

Jeżeli więc klasztor został umiejscowiony obok polskiego miejsca martyrologii, w którym ginęli głównie Polacy, ponad trzy kilometry od obozu w Brzezince, w którym zabijano głównie Żydów, to, dlaczego tak przeszkadzał on Żydom? Przecież nie przylegał do miejsca ich martyrologii. Prawdę mówiąc, w żadnej z publikacji na temat afery oświęcimskiej nie natknąłem się na dokładne sprecyzowanie i wyjaśnienie, gdzie tak naprawdę położony był Karmel.

Skoro nie wiedzą o tym wytrawni publicyści, którzy obserwują te sprawy, to co dopiero mówić o zwyczajnych ludziach, nie śledzących tak uważnie wydarzeń lub mieszkających z dala od Oświęcimia. Właśnie ta ignorancja, istniejąca w Polsce, a jeszcze bardziej za granicą, została wykorzystana do procesu, który można nazwać judaizacją Auschwitz i zawłaszczeniem przez Żydów pamięci o tym obozie. Większość zainteresowanych tą problematyką nie ma pojęcia, że na terenie Oświęcimia istniały dwa obozy, funkcjonujące w pewnej odległości od siebie, z których każdy miał własną przeszłość i charakter. Dziesiątki razy – w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Niemczech, w Belgii, Holandii, Włoszech, Francji – musiałem wyjaśniać, przy którym z tych obozów stał budynek Starego Teatru – i niemal za każdym razem patrzono na mnie jak na bajkopisarza i wychodzono ze spotkania z przekonaniem, że coś zmyślam. Dla ludzi poza Polską Auschwitz to jedno spójne miejsce, bez żadnych rozróżnień.

Dla mnie było szokiem, gdy w ramach posiedzeń Międzynarodowej Rady Państwowego Muzeum w Oświęcimiu przybywali do nas „eksperci” z Europy Zachodniej, którzy na miejscu dowiadywali się i oglądali na własne oczy, że Auschwitz I oraz pobliski klasztor karmelitanek to zupełnie inne miejsce niż Auschwitz-Birkenau, gdzie mordowano Żydów. Niestety, tej wiedzy nie było i nadal nie ma również w Polsce. W pisaniu na te tematy roi się od przeinaczeń przemilczeń i niedomówień, co nie pozostało bez wpływu na przebieg konfliktu. O wszystkich tych szczegółach i uwarunkowaniach nie mówiono wcale, co od samego początku piętnowałem, jako niedopuszczalną manipulację faktami i szkodliwe dla Polski i Polaków zafałszowywanie historii.

To skąd w ogóle zrodziły się żądania przeniesienia klasztoru?

Myśl o utworzeniu Karmelu i jego lokalizacja w budynku Starego Teatru zostały przyjęte z wielką wdzięcznością przede wszystkim przez rodziny polskich więźniów zamordowanych w Auschwitz. Oświęcim to miasto, gdzie ludzie pamiętają o zmarłych, patrzą na dawny obóz nie jak na muzeum, lecz miejsce cierpienia i śmierci, co roku obchodzą Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, modlą się i potrzebują widocznych znaków swojej chrześcijańskiej tożsamości. Obecność i modlitwa sióstr, które zamieszkały pod murami byłego niemieckiego obozu śmierci tuż po stanie wojennym i rok po drugiej pielgrzymce Ojca Świętego do ojczyzny, miała ogromne zenie dla polskiej i katolickiej świadomości. Upatrywano m owoc pontyfikatu papieża-Polaka i początek religijnego upamiętniania gehenny i martyrologii naszych rodaków. Kłopoty zaczęły się w maju 1985 r.
Ponieważ siostry mieszkały w bardzo prymitywnych warunkach, remont wciąż trwał i adaptacja nie została zakończona, czynna była tylko prowizoryczna kaplica, a dalsze prace wymagały dużego nakładu środków finansowych, zatem w zbieranie funduszy na ten cel włączyła się zachodnioniemiecka organizacja charytatywna Kirche im Not  („Kościół w potrzebie”). Zajmowała się ona w okresie komunistycznym i przez jakiś czas później zbieraniem funduszy i wspomaganiem męskich i żeńskich klasztorów na terenie Europy Środkowo-Wschodniej – był to jeden z elementów ekspiacji niemieckich chrześcijan za skutki II wojny światowej. Siostry karmelitanki, które wprowadziły się do budynku Starego Teatru, zostały włączone w ten program. Na maj 1985 r. została zaplanowana pielgrzymka Jana Pawła II do krajów Beneluksu: Belgii, Holandii i Luksemburga. Organizacja Kirche Im Not wydała ulotkę, w której informowała, że w Oświęcimiu powstał klasztor karmelitanek. Zachęcając do ofiarności na „dar dla Papieża – klasztor w Oświęcimiu”, napisano, że klasztor ma być „duchową twierdzą, gwarantująca nawrócenie zabłąkanych braci z naszych krajów oraz dowodem naszej dobrej Woli wynagrodzenia za zniewagi, których przedmiotem jest tak często Namiestnik Chrystusa”. Środowisko Żydów belgijskich, silnie zsekularyzowane, postawiło zarzut, że siostry zamierzają modlić się o nawrócenie Żydów oraz że w kolportowanych ulotkach nie ma wzmianki o Szoah ani o Auschwitz jako miejscu martyrologii Żydów. Na tym tle pojawiła się sugestia, że katolicy chcą „odjudaizować” miejsce zagłady Żydów i pozbawić ich najważniejszego symbolu ich martyrologii. Punktem zapalnym stała się więc nie deklaracja samych sióstr, ani nie deklaracja Kościoła katolickiego w Polsce, lecz słowa zawarte w ulotce opracowanej przez Kirche im Not i propagowanej z intencjami pomocy siostrom w dokończeniu remontu i adaptacji ich budynku.

To siostry nic o tym nie wiedziały?

Ulotka ukazała się po francusku, niemiecku i flamandzku, była bowiem przeznaczona dla katolików i być może chrześcijan innych wyznań w Europie Zachodniej. Siostry klauzurowe nie zajmują się czytaniem gazet i ulotek, lecz modlitwą i kontemplacją. Autorzy ulotki nie mieli złych intencji, traktując wiarę w Chrystusa jako największe dobro, którym możemy podzielić się z Żydami. Ale ulotką zainteresował się miejscowy komitet żydowski. Natychmiast w gazetach belgijskich i francuskich a było to wczesnym latem 1985 r. i zbiegło się z pobytem Jana Pawła II w Beneluksie, dlatego miało duże nagłośnienie – ukazały się artykuły, w których zarzucono siostrom i Kościołowi w Polsce trwanie przy ukrytym prozelityzmie, którego celem jest nawracanie Żydów. Domagano się zaprzestania praktyki modlitwy o nawrócenie Żydów, a wkrótce pojawiło się żądanie likwidacji samego klasztoru. Jesienią 1985 r. rozpoczęła się niezwykle głośna kampania, której sedno stanowiła teza, że Żydzi nie życzą sobie chrześcijańskiej modlitwy za nich. Ze słynnym manifestem wystąpił wówczas żydowski działacz, były więzień Auschwitz, nota bene ateista: „Niech niebo nad Oświęcimiem pozostanie puste!” Także wielu innych Żydów zachodnioeuropejskich twierdziło, że „u bram Auschwitz” niepotrzebna jest żadna modlitwa.
Tak usiłowano przywrócić I ostatecznie usankcjonować stan z okresu PRL-u, bo wtedy zabronione tam były jakiekolwiek formy modlitwy i religijności. Te głosy sprawiły w Polsce wzburzenie i rozczarowanie, wydawały się jednak swoistym antyreligijnym i antychrześcijańskim folklorem. W marcu 1986 r. Kazimierz Smoleń, były więzień Auschwitz oraz wieloletni dyrektor Muzeum Oświęcimskiego, w liście skierowanym do Lucjana Motyki, sekretarza generalnego Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego, bronił i tłumaczył obecność sióstr w budynku Starego Teatru, który „był zdewastowany i w latach 1947-1983 użytkowany (…) jako magazyn”.
Niestety, w środowisku krakowskim znaleźli się katolicy, którzy zaczęli, najpierw nieśmiało, a potem coraz odważniej, propagować żydowski punkt widzenia. Pojawiły się również coraz mocniejsze naciski na przedstawicieli Kościoła katolickiego, które doprowadziły do tego, że odbyło się na ten temat spotkanie w Genewie – a właściwie dwa spotkania: pierwsze 22 lipca 1986 r., a drugie 22 lutego 1987 r. Odbyły się one, jak napisał później ks. Musiał, „we wspaniałym pałacu Rothschilda nad Jeziorem Genewskim”.

Kto uczestniczył w tych rozmowach w Genewie?

Dziś moja wiedza na ten temat jest znacznie bardziej rozległa i pełniejsza niż wtedy. Powiedziałem już, że gdy w drugiej połowie lat 80. Pytaliśmy o to red. Jerzego Turowicza i ks. Stanisława Musiała, którzy podpisali zobowiązania genewskie, obaj nabrali wody w usta i milczeli jak zaklęci. Dopiero w 2006 r., już po śmierci ks. Musiała, ukazał się zapis rozmów z nim, które przeprowadzili Witold Bereś i Krzysztof Burnetko, opatrzony tytułem „Duchowny niepokorny”. Największa wartość tej książki polega na tym, że odsłania kulisy i przebieg tego, co wydarzyło się w Genewie.

W imieniu strony katolickiej występowało czterech kardy-nałów: prymas Belgii Godfried Danneels – jako że nagonka na Karmel zaczęła się w Beneluksie, kard. de Courtrey – ówczesny przewodniczący Episkopatu Francji, metropolita krakowski Franciszek Macharski – jako biskup diecezji, na której terenie znajduje się klasztor, oraz kard. Jean-Marie Lustiger – hierarcha katolicki, a zarazem potomek Żydów, którzy uciekli przed Hitlerem z Będzina. Właśnie kard. Lustiger był spiritus movens najważniejszych poczynań. Do Genewy udali się również red. Jerzy Turowicz, ks. Stanisław Musiał i biskup pomocniczy krakowski Tadeusz Górny. Status red. Turowicza i ks. Musiała byt od początku niejasny. Oni sami przedstawiali się jako doradcy kard. Macharskiego, natomiast na miejscu wystąpili jako sygnatariusze zobowiązania, by przenieść siostry w inne miejsce. Biskup Tadeusz Pieronek nazwał obydwu w 1993 r. „samomianowańcami”, co ich bardzo rozsierdziło. Decyzja o przeniesieniu klasztoru została podjęta 22 lutego 1987 r.

W książce „Duchowny niepokorny” ks. Musiał napisał: „Nie wiem, czy mogę księdza Chrostowskiego o to posądzić, lecz gdy kardynał Macharski postanowił, że sprawą Karmelu nie powinna się zajmować Komisja, ale grupa łudzi z archidiecezji krakowskiej – Macharski, Turowicz i ja – oraz kardynałowie zagraniczni, Chrostowski poczuł się chyba niedoceniony. Rzeczywiście, wiele lat zajmował się tą problematyką, znał się na niej, więc może nie ma się co dziwić tej urazie”.
Czy naprawdę czuł się Ksiądz urażony tym, że nie brał udziału w spotkaniach genewskich?

Mam nadzieję, że każdy, kto uważnie czyta naszą rozmowę, zna odpowiedź na to pytanie. Po pierwsze, przed lipcem 1986 r., czyli przed pierwszym spotkaniem w Genewie, nie zajmowałem się dialogiem z Żydami, bo go po prostu nie było. Nie miałem więc wtedy żadnych zasług, chyba że za zasługę można mi poczytać przybliżanie w latach 1983-1985 żydowskiej egzegezy Pisma Świętego na łamach „Przeglądu Powszechnego”. Po drugie, nie istniała jeszcze Podkomisja Episkopatu do spraw Dialogu z Judaizmem, a gdy została utworzona, zobowiązania genewskie zostały podjęte bez konsultacji z jej przewodniczącym. Po trzecie, w ogóle nie wiedziałem, że spotkania w Genewie się odbędą, dowiedziałem się o nich dopiero po fakcie i tyle tylko, ile napisano o nich w „Tygodniku Powszechnym”. Zatem o „poczuciu niedocenienia”, które rzekomo miałoby mnie gnębić, nie ma mowy!

A kto był sygnatariuszem tych porozumień ze strony żydowskiej? Światowy Kongres Żydów czy jakaś inna organizacja? Jaką miała ona legitymację, by reprezentować pomordowanych Żydów? W czyim imieniu występowała?

To druga strona tego samego medalu. Jeżeli chodzi o dobór rozmówców, nie reprezentowali oni światowych organizacji żydowskich, bo nikt ich do tego nie wybierał ani nie delegował i    podjęli się decydowania w sprawach, które w żaden sposób nie podlegały ich jurysdykcji. Przecież klasztor utworzono na terytorium Polski, a nie w Szwajcarii czy w Beneluksie. Byli to w gruncie rzeczy samozwańczy przedstawiciele francuskich, belgijskich i holenderskich organizacji żydowskich. Dlaczego zabrakło wśród nich na przykład przedstawicieli Żydów hiszpańskich, greckich, włoskich, węgierskich czy w końcu polskich – ale są to dywagacje, który nie mają większego sensu. Zebrali się ci, którzy akurat w tej sprawie mieli takie samo zdanie i doraźnie się porozumieli. Była to dla nich dobra sposobność, by publicznie zaistnieć, a to też się liczy.

W Genewie podpisano konkretne deklaracje. Co one zawierały? Jak uzasadniano podjęcie takich a nie innych decyzji?

Na pierwszym spotkaniu naciskano prawdopodobnie po prostu na likwidację klasztoru, potem zmieniono nazewnictwo i zaczęto mówić o jego przeniesieniu. Szkopuł w tym, że zachodnioeuropejska strona katolicka i strona żydowska mówiły jednym głosem, a ich stanowisko w gruncie rzeczy podzielali katoliccy rozmówcy z Polski. Pytano, nie czy przenieść klasztor, lecz jak to zrobić, by nie wywołać w Polsce skandalu. Ks. Musiał nazwał „genialną ideą, która uratowała negocjacje” pomysł urobiony w Paryżu, by w Oświęcimiu, w pewnej odległości od byłego obozu śmierci, zbudować drugi klasztor i tam przenieść siostry.

Drugie genewskie spotkanie zaplanowano na jeden dzień, a więc nie przewidywano wahań ani sprzeciwów. Oddajmy głos ks. Musiałowi, bo tego, co powiedział, streścić się nie da. To, co się stało, sam nazywa „elementem taktyki strony żydowskiej”. Oto jego słowa: „Zaczęło się od patetycznego przemówienia profesor Stek ze strony żydowskiej. Potem przemówił ktoś ze strony francuskiej, kardynał [Macharski] coś powiedział, ja też. Jerzy Turowicz raczej milczał. Potem znowu strona żydowska. Więc cały czas mówiliśmy, mówiliśmy i mówiliśmy. Tyle że to były raczej ogólnikowe deklaracje. A potem przyszedł czas na obiad. Ale jaki! Gigantyczny! Jedzenie zwaliło nas z nóg i każdy był tak ociężały, że marzył choćby o małej sjeście. A dopiero teraz trzeba doprowadzić negocjacje do finału – Żydzi mają swój projekt, my mamy nasz projekt paryski, oczywiście powstaje z tego coś trzeciego, każdy się spieszy; jeden mówi przez drugiego, kartki krążą po stole, ginąc co chwilę, nie ma kserokopiarki, jest tylko jakaś jedna zdezelowana maszyna do pisania, oczywiście nie ma żadnej profesjonalnej sekretarki, więc raczej pisze się ręcznie, a na tym tekście każdy nanosi swe poprawki, więc jeden czyta drugiemu przez ramię… Kosmiczny bałagan i zamieszanie” (Duchowny niepokorny, s. 98). To opis szczery aż do bólu. Dobrze, że powstał, bo stanowi bezcenne świadectwo tego, w jakich okolicznościach podjęto zobowiązanie, które przyniosło tyle szkody Kościołowi i Polsce.

Warto czytać dalej: „Ale pomimo tego zamieszania udało się wszystko spiąć. Powstający projekt oparty był na idei, która podsunęli Francuzi w Paryżu. Żydzi godzą się [sic!] na obecność klasztoru w pobliżu obozu – ale «w pobliżu» oznacza tuż za jego granicą, a nie na przykład w Krakowie – a my godzimy się tam przenieść [sic!] klasztor z dotychczasowej siedziby. No i najważniejsze:, że na terenie obozu nie będzie żadnych miejsc jakiegokolwiek kultu religijnego. Wtedy nie było jeszcze mowy o symbolach religijnych, ale sens tego ustalenia wydawał się jasny dla wszystkich” (tamże). Katoliccy biskupi i kapłani uznają za zwycięstwo nieobecność na terenie dawnego obozu śmierci wszelkich miejsc i symboli kultu religijnego! Przecież to kompromitacja! Ale trzeba było dożyć wydania tej książki, by się o tym dowiedzieć.

Kontynuujmy tę szokującą lekturę: „Wszystko było raczej dopracowane, ale jedna rzecz w tym bałaganie i pośpiechu nam umknęła. Otóż nagle w projekcie powstaje zapis, że zobowiązujemy się dokonać ustalonych zmian w ciągu dwóch lat. Pamiętam jeszcze słowa kardynała Lustigera, że to jest nierealne, bo on w Paryżu, mając do dyspozycji znacznie większe środki, nie byłby w stanie tego w takim czasie przeprowadzić. Ale zaraz ktoś podniósł jakąś inną kwestię, ktoś zaczął poganiać rozmowy, bo zaraz miał samolot, już samochody zajeżdżały. Słowem, w tym nieprzeciętnym zamieszaniu zapomniano o zastrzeżeniach i zapis o dwóch latach pozostał” (tamże, s. 98-99). To bez cenne świadectwo atmosfery, jaka istniała także podczas wielu innych „dialogowych” spotkań.

A oto opis momentu podpisania deklaracji genewskiej: „Pamiętam taką scenę: już właściwie jest koniec negocjacji, trwa przepisywanie na maszynie ostatecznej wersji porozumienia, a kardynał [Macharski] wstaje od stołu, wolno podchodzi do okna, patrzy na jezioro i przez chwilę milczy, stojąc tyłem do sali. Stoję za nim, on to wyczuł, bo niespodziewanie zapytał: «Podpisać?» Zacząłem tłumaczyć, że tak, że to sukces, że trze ba, a on chyba niezbyt uważnie mnie słuchał, wolno się odwrócił, podszedł do stołu, tylko rzucił okiem na dokument i bez dyskusji, bez czytania, podpisał. Właściwie z nikim się nie konsultował, tylko podszedł i podpisał. Dopiero wtedy podpisali wszyscy pozostali, bo jego podpis był decydujący. Lista krążyła potem po sali, a ja podpisałem się chyba na samym końcu. Ale w kardynale musiało to tkwić szczególnie mocno, bo po pod pisaniu umowy, gdy jechałem z nim do Zurychu, raz jeszcze niepewnie spytał: «Jak myślisz, Żydzi wygrali czy nie?» Tłumaczyłem, że nikt nie przegrał, że wszyscy wygraliśmy, ale jego wątpliwości chyba do końca nie zmalały” (tamże, s. 100). Wiele by tu komentować, ale czy naprawdę trzeba?

A jak to wszystko zostało wtedy przedstawione w Polsce?

Gdybyśmy wtedy o tym wszystkim wiedzieli, sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Przecież to była po prostu farsa! Genewskie zobowiązania zostały przedstawione na łamach „Tygodnika Powszechnego”, ale tak zawile i enigmatycznie, że nie można się było zorientować, o co chodzi. Ksiądz Musiał, którego trudno podejrzewać o niechęć wobec czasopisma, w którym pracował, wspominał, że „nad komentarzem, który ja napisałem do redakcji, biedzili się jeszcze bodaj wszyscy biskupi krakowscy. Radzili, skreślali to, dopisywali tamto i tak dalej. Efekt: komentarz był doskonale niejasny i pokrętny” (tamże, s. 101) . Znów szczerze aż do bólu. W tekście deklaracji napisano, że „Inicjatywa modlitwy sióstr znajdzie swoje urzeczywistnienie w innym miejscu”. Nie jest bez znaczenia, że deklaracja genewska zaczyna się od słowa Zachor („Pamiętaj”), a więc zapowiada I wyraża żydowską świadomość i wrażliwość. Sygnatariusze katoliccy i polscy uznali ją więc w pewnym sensie także za swoją I dlatego podjęli karkołomne zobowiązanie przeniesienia sióstr. Docelowym terminem był luty 1989 r.
Po podpisaniu zobowiązań kard. Macharski, wedle świadectwa ks. Musiała, najpierw „liczył, że sprawa się wyciszy”. Opowiadano, że gdy wrócił z Genewy, odwiedził siostry, a zapytany o ustalenia, o których one nie miały pojęcia, odpowiedział: „Módlcie się, a sprawa się sama załatwi”. Więc siostry się modliły…

Co przez te dwa lata robili sygnatariusze porozumień genewskich, by się z nich wywiązać?

Nic – bo nic zrobić nie mogli, ani chyba nawet nie chcieli, zaś zobowiązania, jakie podjęli, pozostawały w Polsce nieznane. Nieoceniony w tym przypadku ks. Musiał napisał: „Lata 1987 i 1988 minęły jak z bicza trzasnął, nadszedł rok 1989, w którym dużo działo się w Polsce i okazało się, że terminy minęły, a my właściwie palcem nie ruszyliśmy w sprawie Karmelu” (tamże, s. 99). Tak było, lecz wtedy powtarzano, zwłaszcza na posiedzeniach Komisji do spraw Dialogu z Judaizmem, że zobowiązania genewskie zostały podjęte w dobrej wierze i powinny być dotrzymane. Redaktor Turowicz, ks. Musiał i ks. Czajkowski sugerowali, by wywiązanie się z nich przejęła Konferencja Episkopatu Polski, stając się stroną umowy, albo przynajmniej Komisja do spraw Dialogu z Judaizmem, ale te postulaty brzmiały egzotycznie. Chociaż red. Turowicz i ks. Musiał należeli do Podkomisji, a potem Komisji Episkopatu, i ich podpisy widnieją pod deklaracją genewską, ani w 1986 ani w 1987 r. nie reprezentowali tam Komisji, bo nie pytali jej o zgodę, lecz występowali w Genewie w sobie tylko znanej roli. Na przełomie 1988 i 1989 r., gdy strona żydowska wypytywała, jak wygląda stan przed upływem ustalonego terminu dwóch lat, red. Turowicz i ks. Musiał zaczęli robić wszystko, by zobowiązania były traktowane jako zobowiązania Komisji, a więc obligujące Episkopat Polski do wywiązania się z nich. Takiemu stawianiu sprawy sprzeciwiałem się mocno, podkreślając, że powinniśmy rzetelnie poznać wszystkie okoliczności i powody, dla których zobowiązanie przeniesienia sióstr zostało podjęte.

Co nastąpiło później?

Z początkiem 1989 r. sprawy przybierały coraz bardziej dramatyczny obrót. Światowe organizacje żydowskie naciskały, by w tej sprawie zabrała głos Stolica Apostolska. 8 marca w komunikacie z 233. Konferencji Plenarnej Episkopatu Polski biskupi uznali „wielką ważność” koncepcji wybudowania Centrum, które „ma obejmować również nowy klasztor sióstr karmelitanek”. Dla odmiany dwa miesiące później wyżsi przełożeni zakonów męskich wydali oświadczenie, w którym czytamy: „Mocno niepokoją nas nieuzasadnione próby nacisków zewnętrznych na przeniesienie klasztoru w inne miejsce (…) solidaryzujemy się więc z postawą sióstr karmelitanek”. Zamieszanie było kompletne.

Najbardziej dramatyczne było lato 1989 r. W połowie lipca na teren klasztoru wdarł się przybyły z USA rabin Weiss, naruszając spokój i dobre imię sióstr. Zaraz potem nastąpiły ciągłe ataki w środkach masowego przekazu, niewybredne pogróżki pod adresem prymasa, biskupów i Kościoła katolickiego w Polsce, wreszcie groźby bojkotu pielgrzymek Jana Pawła II i organizowania przeciw niemu protestów… Niemal każdego dnia trzeba było gasić jakiś pożar, co jeszcze bardziej zachęcało podpalaczy. Przez pewien czas był to temat numer jeden. 26 sierpnia kard. Józef Glemp wygłosił homilię na Jasnej Górze, w której między innymi powiedział: „Czyż, szanowni Żydzi, nie widzicie, że wystąpienie przeciw nim [siostrom] narusza uczucia wszystkich Polaków, naszą suwerenność z takim trudem zdobywaną? (…) Niedawno oddział siedmiu Żydów z Nowego Jorku dokonał napaści na klasztor w Oświęcimiu, wprawdzie nie doszło do zabójstwa sióstr, bo zostali powstrzymani, ale nie nazywajcie napastników bohaterami”. Te słowa wywołały burzę. Kilka dni później, opowiedział się za renegocjacjami zobowiązań genewskich „z poszanowaniem zasad dialogu, z udziałem kompetentnych osób, nie pomijając Polaków”. Rozpętano histeryczną kampanię przeciwko prymasowi Polski, w której etykieta „antysemity” należała do najłagodniejszych. Kilka dni później Szamir, premier Izraela, w wypowiedzi dla „The Jerusa lem Post” oświadczył, że Polacy są antysemitami, zaś ich anty semityzm „jest wyssany z mlekiem matki” oraz „głęboko zakorzeniony w ich tradycji i mentalności”. Wobec jawnych gróźb i niewybrednych ataków prymas odwołał swoją wizytę w USA zaplanowaną na koniec września. Miałem wrażenie, że nasz niedawny pobyt w Chicago i seminarium naukowe w Spertus College of Judaica to był jakiś sen, bo w kontaktach z Żydami i judaizmem panowała sytuacja patowa.

Zacytujmy jeszcze raz ks. Musiała: „Jeżeli już się zawarło jakąś umowę, to trudno – trzeba ją wykonać. Tymczasem Chrostowski zaczął ostrą kampanię przeciwko ustaleniom genewskim – i to, znamienne, po dwóch latach od ich podpisania. Kiedy doszło do pierwszego naszego spięcia, tłumaczyłem mu: nawet jeśli uważa się, że delegacja polska poszła na zbyt dalekie ustępstwa, to uczciwość nakazuje dochować umowy, którą się podpisało”.

Cieszę się, że mimo odmiennego spojrzenia, ks. Musiał za chował dobrą pamięć o tamtych wydarzeniach. Rzeczywiście, po prowokacjach rabina Weissa i po swoim powrocie ze Stanów Zjednoczonych ponawiałem pytanie, czy zobowiązania z Genewy mają w ogóle sens. Uczciwość nakazuje dotrzymywania partnerskich umów, w których strony naprawdę kogoś reprezentują, ale ten warunek nie został przecież spełniony. Nie prowadziłem jednak „ostrej kampanii” na zewnątrz, również, dlatego, te nie wypadało publicznie dezawuować udziału kard. Macharskiego w podjęciu nieszczęśliwych zobowiązań. Kiedy przekonałem się, że żaden z ich sygnatariuszy nie chce przemyśleć swojego stanowiska, doszedłem do tego samego wniosku, co ks. Musiał: trzeba dochować umowy, która została podpisana.

Czy próbował Ksiądz sygnatariuszom tego porozumienia się, z którymi zasiadaliście razem w Komisji Episkopatu, wyperswadować, że skoro nawarzyli tego piwa, to sami powinni je wypić?

Kiedy sprawy przybierały coraz ostrzejszy obrót, naciski strony żydowskiej, a także katolickich sygnatariuszy deklaracji z Zachodu stawały się coraz mocniejsze, kiedy zagrożono bojkotem papieskich podróży, a polscy sygnatariusze trwali przy swoim, uznałem, że jednym z priorytetów Komisji powinno stać się takie załatwienie tej sprawy, by autorytet Jana Pawła II nie został narażony na szwank oraz by nie traciło na tym dalej dobro Kościoła i Polski. Od początku byłem zdania, że zobowiązania genewskie podjęto pochopnie i niepotrzebnie, ale przez pewien czas wierzyłem w dobrą wolę ich sygnatariuszy ze strony polskiej, czemu dawałem publicznie wyraz. Sądziłem, że skoro przewodniczącym polskiej delegacji był kardynał, a jej członkami dwie osoby z jego otoczenia, to wiedzieli, co robią i mieli dobre intencje. W kontekście wszystkiego, co działo się w lecie 1989 r., przekonałem się, że jest inaczej, chociaż na przytoczone wyżej zwierzenia ks. Musiała trzeba było czekać jeszcze kilkanaście lat. Na wrześniowym posiedzeniu Komisji sugerowałem, by polscy sygnatariusze zobowiązań przyznali odważnie, że nie są w stanie wywiązać się z nich. Ale odpowiedź red. Turowicza i ks. Musiała była niezmienna: „Nie!”. Obaj nie chcieli przyznać się do błędu, wybierając raczej spychanie odium niechęci na Polaków, Kościół w Polsce, pryma sa i papieża. Powtarzałem, że ponieważ z nikim nie uzgadniali tego podpisywania, to mają obowiązek załatwienia tej sprawy.

Jak uzasadniali swoje stanowisko?

Gdy konflikt osiągnął apogeum, ks. Musiał powtarzał, że nie ma sobie nic do zarzucenia, natomiast red. Turowicz rozkładał obie ręce albo kładł je za siebie, gdzieś na plecy i nie mówił nic – ani tak, ani nie – także z jego miny nie można było nic wywnioskować, w związku, z czym nie dało się jego odpowiedzi zapisać do protokołu. Można było jedynie zrobić fotografię, ale fotografii nikt na posiedzeniach Komisji nie robił. Czas płynął, klasztor nadal stał na swoim miejscu, a pod adresem Kościoła w Polsce padały coraz ostrzejsze oskarżenia i wywierano nań coraz mocniejsze naciski.

Ale co właściwie było stawką tego całego konfliktu? Jeden budyneczek wzbudził tyle hałasu?

Stawką tego konfliktu była, o czym wspomniałem, coraz mocniej rysująca się i wyraźna strategia zawłaszczenia przez Żydów pamięci o Auschwitz, sprowadzenie całej II wojny światowej do Szoah, a wszystkich okropności popełnionych w Auschwitz wyłącznie do zagłady Żydów. Klasztor, z jego oprawą historyczną i religijną, był w tym przeszkodą, zatem sprzeciw wobec obecności sióstr odbywał się za cenę manipulowania faktami a nawet przeinaczania topografii miejsca, by skutecznie osiągnąć zamierzony efekt.

Wyobraźmy sobie, że gdzieś za granicą leżą pochowani polscy żołnierze, a w pobliżu jest synagoga, i nagle jakieś polskie środowiska mówią, że nie chcą, by ta synagoga była obok cmentarza, bo słyszeli, że w żydowskich codziennych modlitwach są sformułowania antychrześcijańskie i to im się nie podoba. Przypuszczam, że gdyby coś takiego nastąpiło, to owi Polacy zostaliby napiętnowani, jako pieniacze, oszołomy, nacjonaliści i nikomu by do głowy nie przyszło mówić o jakiejś „wrażliwości”. Natomiast w tym przypadku większość zachodnich mediów przyjęła żądania żydowskie, jako normalne i oczywiste, jako przejaw „wrażliwości”, którą należy ze zrozumieniem rozważyć.

Sytuacja jest dość przejrzysta: o ile wszelkie formy anty-żydowskości, antyjudaizmu czy antysemityzmu spotykają się – i słusznie – z oburzeniem, potępieniem i napiętnowaniem, o ile staramy się je na rozmaite sposoby wypleniać z życia społecznego i religijnego, o tyle nastawienie antychrześcijańskie, zwłaszcza antykatolickie, upowszechnia się dość bezkarnie, nie jest specjalnie piętnowane, a nawet może liczyć na wyrozumiałość i poklask. To bardzo bolesne, a zarazem bardzo wymowne! Jestem przekonany, że osoby włączone w dialog chrześcijańsko-żydowski powinny być wyczulone na wszystkie aspekty obustronnej wrażliwości. Tak właśnie starałem się czynić od początku włączenia w dialog. Wskazując na przejawy godnych ubolewania postaw i poglądów antyżydowskich bądź, antyjudaistycznych, jednocześnie przedstawiałem to, co stanowi przejawy analogicznie niedopuszczalnych postaw i poglądów antychrześcijańskich.

Do tego dodałbym jeszcze jeden bardzo ważny wątek: sprzeciw wobec obecności sióstr karmelitanek w pobliżu murów Auschwitz I oraz wobec ich modlitwy w sąsiedztwie dawnego obozu zagłady w oczywisty sposób kłóci się, a nawet, dosadniej, gwałci polską tradycję długiej koegzystencji chrześcijan i wyznawców judaizmu. Wszędzie tam, gdzie mieszkali Żydzi, synagoga znajdowała się w pobliżu kościoła, cmentarze żydowskie sąsiadowały z chrześcijańskimi – widać to do dzisiaj w Lublinie czy Białymstoku oraz w wielu innych miejscowościach. Jak ludzie odmiennych religii żyli, mieszkali, opracowali i modlili się obok siebie, tak również po śmierci spoczywali obok siebie. Na naszej ziemi było miejsce dla jednych i dla drugich, zarówno za życia, jak i po śmierci. Atak na obecność karmelitanek w Oświęcimiu stworzył nową jakość – podglebie dla przekonania, że żydowskie i polskie ofiary II wojny światowej muszą być rozdzielane. Powtarzałem podczas różnych spotkań, że jeżeli zaczniemy rozdzielać tych, którzy nie żyją, to szybko skończymy na wykopywaniu przepaści na dzisiaj i na przyszłość między tymi, którzy żyją i są spadkobiercami pamięci.

Wróćmy do wydarzeń związanych z Karmelem. Ksiądz postulował, by sygnatariusze załatwili ten problem. Oni nie chcą i zrzucają ciężar na Komisję. Termin upływa. Są coraz większe naciski strony żydowskiej. W tym klimacie wyjeżdżacie do Ameryki. Przed waszym powrotem wybucha skandal z rabinem Weissem, który wdziera się do klasztoru i w proteście przed obecnością tam sióstr chce okupować budynek. Kim jest rabin Weiss? Czy Ksiądz o nim wcześniej słyszał?

Weiss to rabin, który bez tego, czego dopuścił się w Oświęcimiu, pozostałby znany jedynie w wąskim kręgu swojej kongregacji, jeżeli taką ma, i swojej rodziny. Po tym, czego dokonał, wdzierając się na teren Karmelu, stał się przez pewien okres jednym z najbardziej znanych rabinów, a nawet w pewnym sensie symbolem współczesnego judaizmu. Z tego punktu widzenia jego taktyka była mistrzowska. Problem polega jednak na tym, że o ile każdy, kto tak dosadnie wyraża swoje antychrześcijańskie i antykościelne nastawienie, jest podziwiany jak bohater, o tyle, gdyby chrześcijanin posunął się do czegoś podobnego wobec Żydów, na przykład wtargnął na teren jakiejś synagogi w Stanach Zjednoczonych, zostałby natychmiast zakuty w kajdanki i aresztowany, a przy braku szczęścia po prostu zastrzelony. Rabin Weiss wybrał sobie na protest dobry kraj, w którym własność prywatna ciągle nie jest należycie szanowana, a bezczelność i obrażanie innych pozostają całkowicie bezkarne. Sposób, jaki wybrano, by mu wyperswadować i odstraszyć go, był najłagodniejszy z możliwych.

Co jednak poza rozgłosem chciał osiągnąć Weiss? Czy była to akcja spontaniczna, czy zaplanowana?

W takich posunięciach nie ma przypadków ani miejsca na improwizację. Weiss przygotował swą akcję bardzo starannie, przyjechał tutaj razem z grupą swoich uczniów i zwolenników, z którymi czuł się bezpiecznie, oraz odpowiednio nagłośnił swój pobyt. Na dzień, w którym przebywał w Oświęcimiu, zwołał gromadę posłusznych dziennikarzy, którzy doskonale wiedzieli, o której godzinie rozpocznie próbę okupacji klasztoru karmelitanek. Wszystko było dokładnie wyreżyserowane! Przybyli dziennikarze z wiodących agencji, tak więc informacja natychmiast poszła w świat. Spodziewano się, że reakcja sióstr, ochrony albo policji będzie o wiele ostrzejsza. Jednak policja powstrzymała się od jakiejkolwiek interwencji; proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby w świat poszły zdjęcia polskiego policjanta, który szarpie żydowskiego rabina… To zostałoby za pewne zestawione z jakąś zachowaną fotografią z okresu II wojny światowej i zagłady Żydów, a z czasem trafiłoby do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie.

Kto więc interweniował?

Reakcja nastąpiła ze strony robotników, którzy pracowali przy remoncie klasztoru, a molestowani przez rabina i jego popleczników słowami i gestami, w końcu zdecydowali się na to, by polać rabina zimną wodą. Nie była to wielka szkoda, bo była połowa gorącego lipca. Rabin uznał, że akcja została zakończona i zorganizował konferencję prasową, na której przedstawił się jako ofiara Polaków. W świat poszły doniesienia daleko bardziej zbrutalizowane i wypoczywający na urlopach i wakacjach zaczęli być epatowani zdjęciami ukazującymi rabina w sytuacji „heroicznego cierpienia”. Na szczęście, nie mógł się wykazać żadną, nawet małą raną, ani nawet draśnięciem, które by go kwalifikowało do przelotnego spotkania z pielęgniarką. Wtedy pojawiłyby się kolejne fotografie… Zamierzał przybyć do Oświęcimia nazajutrz, ale najprawdopodobniej mu to odradzono. Trzeba nadmienić, że wyczyn rabina Weissa spotkał się z potępieniem części Żydów polskich, którzy wyrazili dezaprobatę wobec tej prowokacji.

W końcu jednak Komisja Episkopatu zaangażowała się w problem przeniesienia klasztoru. Ksiądz także się w to włączył.

Incydent z rabinem Weissem uświadomił, że sprawy posunęły się tak daleko, iż skoro polscy sygnatariusze zobowiązań genewskich nie chcą przyznać się do błędu, to strona żydowska wymusi ich realizację, nawet jeśli stanie się to kosztem Jana Pawła II, Kościoła w Polsce, czy – jak pokazały prasowe reakcje na jasnogórską homilię kard. Józefa Glempa – kosztem prymasa Polski. Stało się jasne, że trzeba podjąć starania nad znalezieniem nowego miejsca i przeprowadzeniem tam sióstr. Mówię to z żalem, bo siostry nie po to zamieszkały w budynku Starego Teatru, by się z niego przenieść, nie czuły się stroną w podjętym zobowiązaniu, nikt je nie pytał o zdanie i nie chciały być traktowane przedmiotowo. Zresztą, prawdę mówiąc, nie miały się dokąd przenosić, bo w 1989 r. w Oświęcimiu nie było żadne-go innego miejsca, w którym mogłyby zamieszkać i modlić się. W Starym Teatrze zostały przeprowadzone daleko idące prace remontowe i adaptacyjne, dzięki czemu był to w pełnym tego słowa znaczeniu klasztor. Stanowił własność sióstr, ponieważ otrzymały go w wieczystą dzierżawę, a nie zostawia się swojej własności tak sobie. Do tego trzeba dodać element najuważniej siostry miały powody, by modlitwę w bliskości murów Auschwitz I przeżywać wyjątkowo intensywnie, a swoją obecność tam traktować jako szczególnie potrzebną.

Czy całą tę sytuację można określić jako poddanie się szantażowi?

W pewnym sensie tak było. Często słyszeliśmy wtedy słowa, które później wypowiedział ks. Musiał: „Tej sprawy Żydzi absolutnie nie odpuszczą i wcześniej czy później klasztor zostanie usunięty”. Gdy upadła nadzieja na to, że polscy sygnatariusze przyznają się do niemocy w wypełnieniu zobowiązań, a w Kościele nie było nikogo kompetentnego, kto by się od nich zdecydowanie odciął, stało się oczywiste, że prze niesienie sióstr będzie konieczne. Takie sygnały nadchodziły również z Watykanu, gdzie w tych sprawach wypowiadał się kard. Johannes Willebrands, przewodniczący Komisji Stolicy Apostolskiej do spraw Kontaktów Religijnych z Judaizmem. Gdy więc wszelka perswazja zawiodła i było widać, jak bardzo nasilają się ataki także przeciw Janowi Pawłowi II – papieżowi, który dla Żydów zrobił tak wiele – coraz więcej odpowiedzialnych osób w Kościele uznało, że trzeba zadośćuczynić żądaniom i nie przedłużać sytuacji, w której Polska i Polacy są szkalowani. W wielu miejscach świata, do których udawał się papież, wspólnoty żydowskie zapowiadały i podejmowały jego bojkot. Swoje groźby najgłośniej formułowały żydowskie organizacje w Stanach Zjednoczonych i Ameryce Południowej. Wiedziałem, że to strategia przewrotna, ale też doszedłem do wniosku, że nie ma innego wyjścia i trzeba raz na zawsze zakończyć ów konflikt. Nie możemy przecież dopuścić, by zobowiązania genewskie obróciły się przeciw właściwemu przyjmowaniu papieża w odległych zakątkach globu.

A nie baliście się efektu domina?

Jak najbardziej! Dlatego próbowałem sobie wyobrazić krajobraz „dzień po”. Zadawałem na posiedzeniach Komisji Episkopatu dwa fundamentalne pytania. Po pierwsze: Co się stanie z budynkiem, w którym przebywają siostry? Tutaj nie było żadnej jasnej wizji. Pojawiały się koncepcje, by stworzyć w nim ja-kiś ośrodek edukacyjny czy kształceniowy, a nawet by oddać go Żydom, oraz rozmaite inne pomysły. Drugie pytanie brzmiało: Co stanie się z krzyżem, który znajduje się obok klasztoru na terenie stanowiącym własność sióstr? Jeżeli klasztor zostanie przeniesiony w inne miejsce, czy taki sam los spotka ten krzyż papieski?

Chodzi o ten sam krzyż, pod którym w 1979 r. podczas wizyty w Birkenau Jan Paweł II sprawował mszę. Czy mógłby jednak Ksiądz przypomnieć, w jaki sposób ten krzyż znalazł się na posesji Karmelu?

Ten duży drewniany krzyż, wykonany specjalnie na mszę papieską, był przechowywany w jednej z oświęcimskich parafii, jako cenna pamiątka, a nawet relikwia narodowa. W 1988 r., gdy na dobre zaczęła się odwilż polityczna, a więc warunki były po temu coraz bardziej dogodne, miejscowa ludność podczas jednego z odprawianych na świeżym powietrzu nabożeństw majowych – bo taka jest polska tradycja majowa, w Oświęcimiu też bardzo żywa – wzięła z parafii ten historyczny krzyż i ustawiła go na tak zwanym Żwirowisku, w miejscu, gdzie hitlerowcy rozstrzelali około stu pięćdziesięciu Polaków.

To Żwirowisko też leżało poza terenem obozu?

Tak, poza murem obozowym, na ogrodzonym terenie, który siostry karmelitanki otrzymały wraz z budynkiem Starego Teatru jako teren klasztorny. Siostry oczyściły ten teren, posadziły kwiaty i właśnie tam umieszczono krzyż papieski, upamiętniając miejsce kaźni i stracenia półtorej setki Polaków.

Dlaczego ten krzyż miałby stanowić jakikolwiek problem? Czy tylko dlatego, że stał na terenie należącym do klasztoru?

W momencie, gdy podejmowane były zobowiązania genewskie, czyli w lutym 1987 r., na terenie przyklasztornym tego krzyża nie było, zatem zobowiązania nie mogły go w żaden sposób dotyczyć. Później, w kontekście konfliktu, pojawiło się twierdzenie, że oświęcimscy katolicy postawili krzyż na zło Żydom i upatrywano w tym przejaw ich złej woli. Pojawiły się fałszywe doniesienia, jakoby krzyż został ustawiony w nocy, po kryjomu. Ale to nieprawda! Nie było żadnej potrzeby, by usta wiać go w nocy – został przeniesiony za dnia, publicznie podczas nabożeństwa majowego oraz uroczyście ustawiony w miejscu uświęconym męczeństwem. Zaczął pełnić rolę krzyża pamięci czy wręcz krzyża cmentarnego. Wiemy dobrze, że w Polsce krzyż stawiamy w miejscach, gdzie wydarzyła się śmierć – na przykład przy drogach, w miejscach wypadków drogowych albo na miejscach straceń. To jest naturalna polska tradycja, w której nie było i nie ma żadnego elementu konfrontacyjnego. Gdy wiosną 1989 r., przed wyjazdem na seminarium naukowe do Chicago, dochodziły słuchy, że niektórym przeszkadza nie tylko klasztor, lecz i krzyż, by usunąć wszelkie dwuznaczności nalegałem na sygnatariuszy porozumień genewskich o wyraźne podanie ich stanowiska w tej sprawie.

Wtedy wyjaśnił to wszystko – jak pamiętamy – ks. Musiał. Może zacytujmy fragment jego wystąpienia dotyczący krzyża papieskiego: „Rezygnacja ze «znaku» krzyża, jakim jest karmel w Starym Teatrze, nie oznacza rezygnacji z krzyża, który wznosi się obok budynku Starego Teatru, w pośrodku żwirowiska. W miejscu tym rozstrzeliwani byli Polacy na początku istnienia oświęcimskiego Obozu (Auschwitz I Stammlager). Obecność tego krzyża tutaj nie może być przedmiotem dyskusji z kimkolwiek. Stanowi ona minimum symboliczne, które przysługuje Polakom w tym miejscu. Przede wszystkim zaś obecność tego krzyża w tym miejscu odpowiada najgłębszemu życzeniu wielu osób, które tutaj zginęły, bo każdy katolik Polak życzy sobie mieć krzyż na swym grobie lub w miejscu, gdzie została przelana jego krew. Wola ta jest święta”.

Tak napisał ks. Musiał! To są jego słowa! Przykładam do nich ogromną wagę, bo we wrześniu 1989 r., kiedy stało się jasne, że zobowiązania genewskie trzeba będzie zrealizować, wówczas powoływałem się na ten fragment. Wtedy zastanawialiśmy się nad dalszym przeznaczeniem budynku klasztoru, ale kwestia krzyża nie była przedmiotem dyskusji czy jakichkolwiek ustaleń. W związku z tym ostrzegałem red. Turowicza i ks.Musiała, żeby – broń Boże – nie poczynili żadnych nowych ustępstw, które dotyczyłyby krzyża. Popierało mnie w tym kilku innych członków Komisji, którzy byli zgodni, że zobowiązanie przeniesienia sióstr narobiło wystarczająco wiele kłopotów. Te obawy nie były płonne. Niedługo potem ks. Musiał zmienił zdanie i stał się zagorzałym orędownikiem przeniesienia również krzyża papieskiego. Popierało go w tym grono osób, które w „Gazecie Wyborczej” i „Tygodniku Powszechnym” obwołano „autorytetami”. Gdy przypomniałem, że stanowisko ks. Musiała było niedawno zupełnie inne, wtedy z łagodnością właściwi osobom wykształconym nawiązano do sielskich realiów mówiąc, że „tylko krowa nie zmienia zdania”. Bardzo wymowne jest uzasadnienie zmiany poglądów, jaką przeszedł ks. Musiał stał się rzecznikiem strony żydowskiej i nalegał na usunięcie krzyża, bo „zrozumiałem – napisał – wyjątkowość tego miejsca nie tylko dla Żydów, ale dla całej cywilizacji światowej” (tamże, s. 96). Czyli skoro miejsce wyjątkowe, to bez Boga, a na pewno bez krzyża. Oto logika Kościoła „otwartego”, która i w innych okolicznościach wiele razy dawała znać o sobie.

Na razie więc myślicie, że to koniec ustępstw -jesteście zresztą o tym zapewniani – i angażujecie się w przeniesienie) sióstr. Jak sobie radzicie z tym „kukułczym jajem”?

Jesienią 1989 r. nastąpiła seria przedsięwzięć związanych ze znalezieniem terenu, na którym powstanie nowy klasztor i z określeniem charakteru placówki, którą postanowiono zbudować w jego pobliżu. Na dużej działce oddalonej od byłego obozu w prostej linii o około sześćset metrów postanowiono zbudować dwa obiekty – klasztor dla karmelitanek oraz drugi budynek z przeznaczeniem na Centrum Informacji, Wychowania, Spotkań i Modlitwy. Pojawiła się kwestia, kto ma to finansować. Siostry nie były zainteresowane budowaniem dla siebie nowego klasztoru, a cała sprawa już je wyraźnie zmęczyła.
Fundusze, które zebrały, przeznaczały na dalszą adaptację budynku Starego Teatru. W tych warunkach w grudniu 1989 r. kard. Macharski powołał Fundację, której celem było finansowanie budowy Centrum oraz wystosował dramatyczny apel do chrześcijańskich sygnatariuszy zobowiązań genewskich w Europie Zachodniej o wsparcie, bo „sami sobie nie poradzimy”. Apel był bardzo osobiście sformułowany: „Nie zostawiajcie nas samych!” Inauguracja budowy nastąpiła 19 lutego 1990 r., gdy kard. Macharski rozpoczął symbolicznie prace ziemne.

Na tym etapie decyzja była już nieodwracalna.

Wiele do myślenia dała mi rozmowa w czerwcu 1990 r. z Theo Kleinem, jednym z głównych sygnatariuszy umowy genewskiej po stronie żydowskiej, który przybył na sympozjum w Oświęcimiu. Po obiedzie udaliśmy się w stronę klasztoru. Zapytałem, dlaczego zobowiązania zostały podjęte w Genewie, a nie w Krakowie czy w Oświęcimiu. Odpowiedział, że tam najłatwiej było zebrać Żydów, których ta sprawa interesowała. „A jak z reprezentantami strony katolickiej?” Odpowiedział: „Przyjechali ci, których, w naszym przekonaniu, to dotyczyło, mianowicie, kard. Macharski, a on, żeby się nie czuć samotnie, wziął Turowicza i Musiała”. Pytałem, czy doszło do dyskusji, ale mówił, że w zasadzie nie; strona katolicka słuchała, natomiast żadnej debaty czy polemiki nie było. Tak rozmawiając, doszliśmy w pobliże klasztoru, widać było siostry, które pracowały w ogrodzie. Pamiętam dokładnie – bo takie chwile się precyzyjnie pamięta – zapytałem Theo Kleina: „Dlaczego wam ten klasztor przeszkadza? Przecież siostry modlą się tu za chrześcijan, a jeżeli modlą się za was, to ich modlitwa na pewno wam nie zaszkodzi. Nie można przecież budować dialogu bez modlitwy. Jeżeli my, katolicy, mamy uczyć nowego sposobu myślenia o Żydach, to musi się on opierać przede wszystkim na fundamencie modlitwy. Bo kiedy modlimy się za siebie i za was, wtedy najbardziej przekonująco możemy powiedzieć, że rozmaite formy antysemityzmu są nie do pogodzenia z Ewangelią”. Theo Klein popatrzył na mnie uważnie, długo milczał, po czym po wiedział: „Nikt z nami tak nie rozmawiał!”

A więc rok 1990 był w tym konflikcie przełomowy…

W zasadzie tak. Wybudowanie budynku administracyjne go oraz założenie fundamentów i zbudowanie piwnic klasztoru zajęło półtora roku. Wraz z postępem prac i perspektywą prze niesienia sióstr wyłaniał się jeszcze jeden problem, a mianowicie odpowiednie przygotowanie miejscowej ludności i pozyska nie jej, by ze zrozumieniem i spokojem przyjęła to, co miało się wydarzyć. Oświęcimianie mieli wrażenie, że w całej tej sprawie nikt ich nie pyta o zdanie ani w ogóle się z nimi nie liczy. Teren należący do sióstr stał się miejscem lokalnego kultu, w maju i czerwcu pod krzyżem papieskim odbywały się nabożeństwa, lokalna ludność utrzymywała żywe kontakty z siostrami, a miejscowym katolikom nie było obojętne, że przy klasztorze stoi historyczny krzyż. Przeniesienie karmelitanek bardzo często odbierano, jako pochopną i niczym nieuzasadnioną kapitulację wobec Żydów. Rozpowszechniano kłamstwa, że siostry absolutnie sprzeciwiają się przejściu do innego klasztoru. Nie zabrakło takich, którzy liczyli na wzniecenie wśród miejscowej ludności nastrojów antysemickich, które można będzie wykorzystać do potwierdzenia tezy, że żydowska batalia o Auschwitz ma jak najbardziej rację bytu. Ponieważ te głosy dawały się słyszeć coraz częściej, a bywałem w Oświęcimiu kilka razy w roku, dobrze znałem nastroje panujące w mieście. Nigdy nie poprzestawałem na oficjalnym programie, lecz rozmawiałem z ludźmi i miałem dobre pojęcie, co myślą, wiedzą i mówią. Na jednym z posiedzeń Komisji Episkopatu, jakie odbyło się w 1990 r., zgłosiłem, więc postulat, by sygnatariusze zobowiązań genewskich udali się do Oświęcimia na spotkanie z miejscową ludnością i wytłumaczyli, ze swojej perspektywy, ich zasadność oraz konieczność wiązania się z nich. Chodziło o to, by perspektywa przejścia sióstr w inne miejsce nie spowodowała lokalnego kryzysu, nie wywołała jakiegoś dramatu w postaci gwałtownej reakcji ludzi, których ktoś mógł sprowokować, by „ratowali” siostry albo je „bronili”.

Takie głosy naprawdę się pojawiały, co więcej, były skwapliwie podsycane. Prosiłem raz i drugi red. Turowicza i ks. Musiała, by to oni pojechali do Oświęcimia, ponieważ to ich ta sprawa oraz atmosfera, jaka tam panuje, najbardziej dotyczy. Usłyszałem w odpowiedzi stanowcze „nie”.
W tych warunkach uznałem, że ktoś znający te problemy i nastroje musi jednak pojechać do Oświęcimia i odbyć spotkanie z wiernymi oraz podjąć otwartą i szczerą rozmowę z nimi, nawet jeżeli będzie ona bardzo trudna. Kiedy stało się jasne, że żaden z uczestników spotkań w Genewie nie pojedzie, postanowiłem pojechać do Oświęcimia osobiście. Wyjazd nastąpił na początku listopada 1990 r. Muszę przyznać, że była to jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu i jeden z najtrudniejszych wieczorów, jakie przeżyłem. Spotkanie z wiernymi odbywało się w dużej sali przy kościele, zostałem zapowiedziany w ogłoszeniach parafialnych i mógł przyjść każdy, kto chciał. Domyślam się, że dla ogromnej większości tych ludzi byłem po prostu człowiekiem z dalekiej Warszawy, który przyjechał, by ich przekonać co do zasadności przeniesienia sióstr.

A dużo przyszło osób?

Sala była pełna, przyszło około czterysta osób. Na początku atmosfera spotkania była bardzo napięta, bo najprawdopodobniej spodziewano się wystąpienia propagandzisty. Żeby tę sytuację rozładować, zrobiłem coś, co w takich przypadkach stanowi jedyne rozsądne wyjście, a mianowicie przywołałem fragmenty z nauczania Ojca Świętego dotyczące Oświęcimia. Podkreśliłem, że krzyż, który się znajduje na Żwirowisku, to dziedzictwo wizyty Ojca Świętego. Mówiłem – zgodnie z moim najgłębszym odczuciem – że rozumiem i podzielam ich ból i irytację. Starałem się wytłumaczyć wielką złożoność całej sytuacji i powiedzieć prawdę, że byłoby lepiej, by Karmel istniał tam, gdzie się znajduje, ale skoro reprezentanci Kościoła katolickiego podjęli zobowiązanie jego przeniesienia i nie chcą albo nie mogą się z niego wycofać, zatem dla dobra papieża, Kościoła i Polski oraz dla dobra mieszkańców Oświęcimia, siostry powinny przenieść się w inne miejsce. Nie da się osiągnąć żadnego duchowego pożytku w atmosferze nakręcania skandalu, sprzeciwu i konfrontacji, z którą mamy do czynienia. Całe spotkanie trwało ponad trzy godziny, a większość czasu zajęły pytania i moje odpowiedzi. Atmosfera stawała się coraz lepsza i zebrani zobaczyli jedno – że mają do czynienia z kimś, kto przeżywa, widzi i czuje to wszystko tak samo jak oni. Nie uzasadniałem ani nie usprawiedliwiałem samych zobowiązań genewskich, bo zwątpiłem, czy naprawdę zostały podjęte w dobrej wierze. Nie próbowałem nikogo przekonywać, dałem tylko wyraz swojej wrażliwości i pewności, że sprawy zabrnęły tak daleko, że spokój wobec wywiązania się z zobowiązań jest jedynym właściwym rozwiązaniem. A co się tyczy krzyża, nie może być mowy, by ktokolwiek odważył się go przenieść. Żwirowisko jest miejscem kaźni Polaków, a my musimy być wierni tradycji ojców i własnemu sumieniu.

Prawdę mówiąc, nie pamiętam, co wydarzyło się po tym spotkaniu, bo byłem kompletnie wyczerpany. Nie pamiętam też nocy, którą przeżyłem w Oświęcimiu, ani powrotu do domu. Targały mną dwa uczucia. Z jednej strony poczucie spełnionego obowiązku i satysfakcja, że udało się na ten trudny temat porozmawiać i osiągnąć tak wiele, a z drugiej żal i poczucie krzywdy, bo przecież to spotkanie powinni odbyć ci, którzy tego piwa nawarzyli. Wtedy po raz pierwszy wyraźnie stanąłem wobec pytania o sens dialogu i powziąłem postanowienie, że nigdy nie zgodzę się na udział w takich kontaktach z Żydami i judaizmem, w których miałbym być wykorzystany, jako narzędzie forsowania stanowiska żydowskiego. Zobaczyłem, że największym problemem w dialogu są ci Polacy, katolicy, którzy za wszelką cenę chcą się Żydom podobać. Ich działalność powoduje, że inni muszą naprawiać, tłumaczyć i wyjaśniać jej katastrofalne skutki. Jedyną pociechą, jaką czułem, były liczne podziękowania, że nareszcie ktoś tych ludzi potraktował rzetelnie i poważnie, a samo wystąpienie odbiło się szerokim echem. Sądzę, że to wieczorne spotkanie w oświęcimskim kościele miało wielkie znaczenie w uspokojeniu lokalnej atmosfery, w jakiej później dokonało się przejście sióstr w nowe miejsce.

Jak długo trwały prace nad zbudowaniem nowego klasztoru?

23 listopada 1991 r. nastąpiło położenie kamienia węgielnego pod mury nowego klasztoru karmelitanek. Na uroczystości za-brakło red. Turowicza i ks. Musiała. Strona żydowska stale przynaglała i bacznie obserwowała postęp robót. W latach 1991-1992 przybywało do Polski wielu Żydów, którzy udawali się do rozmaitych instytucji państwowych i kościelnych, nalegając, by jak najszybciej przenieść karmelitanki. Widziałem, że sposób, w jaki byli traktowani, wręcz ośmieszał polską administrację i urzędników. Zdarzało się, że gdy ktoś w ministerstwie, np. Ministerstwie Kultury, albo w innym urzędzie dowiadywał się, że przybył jakiś „wpływowy” Żyd z Europy Zachodniej czy Ameryki, gość był natychmiast przyjmowany, wysłuchiwany oraz rozdzwaniały się telefony, by jak najszybciej dokonać przeniesienia klasztoru. Takie telefony kierowano również do mnie, jako członka Komisji Episkopatu do spraw Dialogu z Judaizmem oraz kilku innych gremiów, na co odpowiadałem, że ponieważ to nie Ministerstwo Kultury ani polski Kościół podejmował zobowiązania genewskie, niech zatem rozmówcy, jeżeli już chcą kogoś przynaglać, dzwonią do Krakowa. W pierwszej połowie, 1993 r. nowy klasztor był już prawie gotowy na przyjęcie sióstr.

Prawie? To klasztor jeszcze nie był gotowy, czy siostry nie były jeszcze gotowe?

Prace projektowe i budowlane odbywały się bez udziału sióstr. Gdy inwestycja dobiegała końca, okazało się, że perspektywa przenosin to dla sióstr bardzo bolesna sprawa. Na ten aspekt również wiele razy zwracałem uwagę na posiedzeniach Komisji Episkopatu, dodając z przekąsem, że nie chodzi o przeniesienie butelek czy kurczaków, ale spokojnych i wrażliwych kobiet, sióstr zakonnych przywykłych do życia kontemplacyjnego, dla których każda zmiana miejsca stanowi wielką traumę, u więc przymuszona zmiana miejsca powinna być tym bardziej starannie przygotowana. Do dzisiaj jestem zdania, że psychologiczne i duchowe potrzeby sióstr nie były należycie respektowane. W momencie, gdy klasztor był już prawie gotowy, siostry wciąż odkładały decyzję o przejściu.

9 kwietnia 1993 r. Jan Paweł II wystosował list do sióstr karmelitanek skierowany na ręce bp. Tadeusza Rakoczego, biskupa diecezji bielsko-żywieckiej, na terenie której od reformy administracji kościelnej dokonanej rok wcześniej jest położony Oświęcim. Znalazły się w nim słowa: „Obecnie z woli Kościoła macie przenieść się na inne miejsce w tym samym Oświęcimiu. Pozostaje sprawą wolnego wyboru każdej z was, czy zechce kontynuować tam życie karmelitańskie w dotychczasowej wspólnocie, czy leż zechce wrócić do macierzystego klasztoru. Jest to zapewne też moment próby dla każdej. Proszę Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego, aby dał każdej poznać Jego wolę i szczegółowe powołanie na karmelitańskiej drodze życia”. Rzeczywiście, dla oświęcimskiej sióstr karmelitanek to był czas prawdziwie ciężkiej próby… Część sióstr przeszła w nowe miejsce, pozostałe, razem z przełożoną, wróciły do klasztorów macierzystych.

W mediach próbowano wtedy sugerować, że list Jana Pawła II świadczył o tym, iż papież od początku popierał przeniesienie klasztoru.

Takie insynuacje stanowiły poważne nadużycie, ale manipulacji i przekłamań związanych z tym konfliktem było ogromnie dużo. Pewne światło na te sprawy rzucają wspomnienia ks. Musiała: „Nawet nie wiem, kto tak rozpaczliwie zadziałał, by spowodować interwencję samego Jana Pawła II – podejrzewam, że nuncjusz. Ale i wówczas siostry ponoć najpierw chciały ten list dostać do ręki, aby zobaczyć, czy jest autentyczny Odmówiono im, bo to już byłaby przesada, by siostry zakonne weryfikowały słowo duchownych”. Prawda, że pikantne?

Ojciec Święty potwierdził, że dla dobra sprawy trzeba po nieść ofiarę, do której siostry powinny być zdolne. Ten list nie byłby potrzebny, gdyby wcześniej potraktowano siostry poważnie, a nie przedmiotowo. Skoro nie zostały włączone do zobowiązań genewskich, to przynajmniej powinno się je dla tej sprawy później pozyskać – tymczasem nic takiego się nie wydarzyło. Środowisko „Tygodnika Powszechnego” i „Gazety Wyborczej” przedstawiało ów list jako dowód, iż Ojciec Święty od początku był za przeniesieniem klasztoru. Taka insynuacja stawia w dwu znacznym świetle siostry karmelitanki, co uważam za niesprawiedliwe i krzywdzące wobec nich.

Sugerowanie, że Jan Paweł II od początku był za prze niesieniem klasztoru jest dziwne, zwłaszcza że klasztor ten powstał jako odpowiedź na jego apel. Po wezwaniu papieżu siostry decydują się przenieść. Czy był to koniec całej sprawy?

Absolutnie nie! Sprawdził się czarny scenariusz, jakiego się obawiałem. Wraz z przejściem sióstr do nowego klasztoru wzmogły się żądania przeniesienia również papieskiego krzyża Więcej, pojawiły się głosy, że w Oświęcimiu wcale nie powinno być znaków krzyża, bo rzucają cień na obóz. Te naciski podjęło także wielu zwolenników Kościoła „otwartego”. Zanosiło się na kolejną awanturę, ale to już inna historia.

Reklamy

Tagged: , , , , , , , , , ,

Komentarz przed publikacją trafi do moderacji

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading „Karmel w Oświęcimiu”, „Kościół, Żydzi, Polska”, Fronda 2009 at Naród ma jedynie prawo być jako PAŃSTWO.

meta